środa, 18 listopada 2009
piątek, 13 listopada 2009
Co za dyskusja
Wpadłem przypadkiem na tzw. "platformę blogową" - i przeczytałem sobie artykuł podsumowujący akt polski gorącej dyskusji, jaka przetoczyła się przez cały glob. Oto pani Penelope Trunk, businesswoman z USA, napisała na swoim mikroblogu, że jest na spotkaniu zarządu i roni, i całe szczęście, bo w jej stanie na aborcję w klinice czeka się 3 tygodnie. Cóż za szał się podniósł! Kilka takich głosów w debacie polskich internautów miałem (nie)przyjemność przeczytać. Fakt, nie wszyscy zabierający głos piszą nonsensy, ale jednak w dużej mierze "dyskusja" takimi nonsensami jest poprzetykana - i szczęście w nieszczęściu, że czasami przynajmniej autorzy zatapiają to w całkiem przyjemnym gadulstwie. Zazwyczaj jednak nie. Mam poczucie, że jak dyskusja, to dyskusja - należy odnosić się do zdania dyskutantów. Obecnie "dyskusja" na blog.pl wygląda właściwie jak rytualne modły przed totemem - zebrała się grupa wyznawców, mamroczą, krzyczą, kręcą się w kółko, walą sążniste monologi i cisną gromami w niemy pomnik. Miałem zatem okazję przeczytać na przykład poniższe:
Słowa te ukazały się w notce pod uroczym tytułem "wow, jak fajnie. moje dziecko już pływa w sedesie!", który dowodzi przynajmniej tyle, że wśród pewnych kręgów żarty kojarzące się z fekaliami wciąż są jeszcze w cenie. Przychodzi mi uświadomić Szanowną Autorkę powyższych wynurzeń, Panią (Pannę?) Agnieszkę, że pierwszy akapit pod względem meritum (nie gramatyki niestety jednak) jest w zasadzie w porządku. Natomiast już pierwsze zdanie akapitu drugiego mówi nam co najmniej o nieuporządkowaniu intelektualnym autorki. Ze strony laickiej, zdaniem pani, to też jest "pozbawienie życia"? I pisze Pani "tak czy inaczej", jakby strony sporu już dawno uzgodniły, a pani tylko przypieczętowuje ustalony tekst porozumienia? Pani Agnieszko, aborcja zygoty, płodu wtedy, gdy stanowi on tylko zespół stosunkowo niewielu, niewyspecjalizowanych komórek - jest tylko usunięciem tych właśnie komórek z organizmu matki (biologicznego żywiciela). Fakt, że dramatyzm jest tu nieporównywalnie większy niż przy pozbywaniu się martwego naskórka w pościeli - natomiast biologicznie rzecz biorąc są to sprawy porównywalne. Po prostu nie można "pozbawić życia" czegoś, co nie "żyje" jako byt biologiczny. Pani pisze, że - mon Dieu - ktoś powie "tylko płód, ale przecież z niego będzie nowe życie"! Użyty przez panią czas przyszły, Pani Agnieszko, jest całkowicie na miejscu. Będzie. Będzie - oznacza w skrócie, że teraz nie ma. Poza tym pani rozumowanie doprowadza do fascynującej refleksji, że wszystko z czego ma szansę (z czego "będzie") nowe życie - jest święte. Pani wybaczy, że przytoczę nieuchodzące w towarzystwie przykłady - taki status powinna mieć zatem np. sperma, komórka jajowa przed i po zapłodnieniu, a może i nasionko, orzeszek, życie to życie. O tych czy innych narządach ludzkich nie wspominając. Nie przyjęło się w naszej kulturze urządzać pogrzebów ejakulatowi. Ale ejakulatu marnować nie można! - powie pani. I ja się z panią zgodzę, przytaknę, poproszę, by pani jeszcze raz przeczytała wszystko powyższe, i tak do skutku. I więcej pisać właściwie mi się nie chce. Przypadek Penelope Trunk nie jest niczym niezwykłym, nie ma powodu, by wieszać na niej psy, moralne ocenianie kogoś, o kogo życiu nie wie się nic, a kto jest dziesiątki tysięcy kilometrów dalej - nie jest ani sensowne, ani w dobrym smaku. Napisała, że cieszy się z poronienia płodu, który i tak zamierzała usunąć - okazało się zatem, że nie musi już poddawać się zabiegowi. Jeśli coś tu jest nie w porządku i żąda napiętnowania, to te trzytygodniowe kolejki w klinice do zabiegów aborcyjnych. To jest właśnie nie w porządku. Im wcześniej płód usunięty, tym mniej szkód, tym lepiej dla kobiety. Mam zły dzień, co chyba po notce widać. Ale głupoty wyrażanej publicznie i dobrowolnie nie toleruję; tej tolerancji po prostu w sobie nie noszę. Ech, Zapatero
Nie jestem nadto wkurwiony. Wiem w jakim kraju żyję, nie mam specjalnych wątpliwości jakiejkolwiek natury. Więcej, czasami wolałbym rozumieć mniej i bardziej się dziwić, ale mi się nie udaje, kolejne harce obserwuję konsekwentnie z dość pogodnym spokojem. A właściwie nawet czasem czuję się rozweselony. Oto Grzesiek Napieralski, szef SLD, partii programowo nam, Pedalstwu, przychylnej - udziela wywiadu. Wszyscy już wiemy pewnie, co on w tym wywiadzie rzekł. Bo to jest trochę tak, że jego wypowiedź przeinaczono (co zauważa Innastrona - tu), ale przy okazji trochę też tak, że Napieralski trochę chce, ale jednak trochę się boi, a poza tym nie bardzo wie, co powiedzieć, bo tu Program, partia, obietnice, oczekiwania, sondaże i wybory, a z drugiej on, Grzesiek, niebożę. I pewnie ten paskudny Olejniczak też się tam gdzieś wplącze. Bo jeśli rozmowa wygląda tak:
- to oczywiście na tej podstawie nie da się powiedzieć właściwie niczego o poglądach szefa SLD, poza tym, że on się trochę zgadza (w polityce to się nazywa "zgadzać się zasadniczo", a jak ma się w dupie wyborców, to można też zgodzić się "warunkowo"). Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. I dlatego redakcja "Dziennika" sobie pisze tak: "Grzegorz Napieralski stwierdził, że jest katolikiem i dlatego nie zgadza się na śluby homoseksualistów i adoptowanie przez nich dzieci". I jest to oczywiście nadużycie ze strony redakcji "Dziennika", zresztą nie pierwsze i nie tylko w stosunku do homozwiązków. W annałach dziennikarstwa złotymi zgłoskami zapisze się wywiad ze Zbigniewem Religą, najbardziej ohydny i odstręczający wywiad, jaki miałem okazję czytać (nie przez Religę, tylko dwie tzw. "dziennikarki"). Tylko dlaczego wyczulona na takie sprawy redakcja Innejstrony nie zauważa, że to nie jest problem. Pismak przeinaczył, powiadam - nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni. OK, warto to napiętnować, warto o tym mówić... Tyle że Napieralski dokonał porównania. Z jednej strony homozwiązek. Z drugiej strony Napieralski ma "wątpliwości czy (pary jednopłciowe) stworzą identyczne warunki dla wychowania dziecka jak normalna, prawdziwa rodzina, która dzisiaj jest normą". Ja wywiadu z Grzesiem nie przeprowadzałem, ale to są, jak rozumiem, jego słowa. I wszyscy nagle to akceptują? Środowisko LGBT nie ma żadnych obiekcji w stosunku do takich sformułowań? Pismak z żenującego "Dziennika" przeinaczył - i to jest problem - ale jeśli Napieralski ujawnia, że on w zasadzie jest za, tylko z tym zastrzeżeniem, że jego zdaniem homo nie utworzą "normalnej, prawdziwej rodziny", to to gdzieś umyka? To ja mam uczyć, że nie my mówimy słowa, ale słowa nas mówią? I że język nie tylko opisuje, ale też kreuje rzeczywistość? I o kant dupy można potłuc wyjaśnianie na okrętkę, że Napieralskiemu chodziło o to, że dzisiaj normą jest, że rodzina a) normalna b) prawdziwa, to taka, gdzie jest mama i tata. Napieralskiemu chodziło dokładnie o to, co powiedział. I taki z niego Zapatero jak z Gorbaczowa Margaret Thatcher. I taki z SLD rzecznik praw mniejszości, jak z Parlamentu Europejskiego Zgromadzenie Ogólne ONZ. A w wyborach będzie można zagłosować na Tuska. Jak zwykle. Bo jakże on wymawia to "rrr"! Albo na kogokolwiek innego. Wsio rawno.
czwartek, 12 listopada 2009
Co się kryje pod anonsem
Założyłem ten profil, żeby móc przeglądać Wasze. Sam nie wiem po co. Jesteście ode mnie bardziej odlegli, niż możecie sobie wyobrazić (sobie wymarzyć). Czasem wpadam do Was, przeglądam wszystkich, czytam o Was i zastanawiam się, co się pod Wami kryje, oglądam Wasze zdjęcia, oceniam twarze, buty i metki na koszulach. Jesteście moimi poddanymi, a to jest moje królestwo. Ogarniam swoje owieczki chłodnym okiem. Distant, remote.
wtorek, 27 października 2009
Na koniec dnia
Niezła wiadomość na koniec dnia: Onet.pl: Coraz więcej uczniów nie chodzi na religię Dobra, bo coś się zmienia na lepsze. Niechodzenie na religię przestaje być traktowane jako dowód, że albo jesteś dzieckiem Szatana, albo że Stalin zrzucił twoich przodków na spadochronach po intensywnym kursie w Moskwie. Zła podwójnie - po pierwsze, lekcje etyki wciąż są w Polsce dziwacznym wyjątkiem (a często tzw. "etyki" uczą katecheci, co w oczywisty sposób mija się z celem); a po drugie, większość tych uczniów zrezygnowało nie z przekonania, ale dlatego, żeby mieć o jedne zajęcia mniej. To ostatnie to po prostu oportunizm. Ale wciąż: jest to niezła wiadomość. I nie, to nie obsesja. To moja wewnętrzna żądza racjonalizmu i słuszności.
niedziela, 25 października 2009
Matki Boskie Prawnicze
Mówi się, że polscy prawnicy są jak polscy biskupi - nie mają za krzty poczucia chrześcijańskiej moralności, umiaru w jedzeniu i piciu, pobożnego ubóstwa i pobożności w ogóle. W ramach Kampanii Świadomie Obrazoburczej udowodnimy dziś, że prawnicy wcale nie są jak biskupi! Przedstawiamy - Bozie Prawnicze. Odkryliśmy je podczas nauki do poprawek wrześniowych i będziemy bez wątpienia wnioskowali do pani dziekan o rozwieszenie ich wizerunków w często odwiedzanych punktach budynku Wydziału Prawa i Administracji. Zakrawa na skandal, że w państwie wyznaniowym Bozie Prawnicze wciąż nie mają bezpośredniego dostępu do nas, naszych skryptów, kodeksów i notatek z wykładów. Niniejszym czynimy pierwszy krok w kierunku upowszechnienia zapomnianych Bozi: 1. Matka Boska O Trzy Błagająca
2. Matka Boska Na Prawie Podatkowym Okrutnie Wynudzona
3. Matka Boska Teorii Relewancji
4. Matka Boska Obiektywnego Przypisania Skutku
5. Najświętsza Panienka Sesję Kończąca
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Koledzy. Po fachu:
Sprawy Inés
Sprawy Sole
|